s. Katarzyna od Ran Pana Jezusa - Zofia Sokołowska

Nagrobek

Kliknij obraz, by obejrzeć go w powiększeniu

Biogram

Zofia Sokołowska w czasach ASP

    Zofia Sokołowska urodziła się 23 kwietnia 1896 roku. Miejscem jej urodzenia były Rusiatycze w Małopolsce Wschodniej, lecz całe jej dzieciństwo i młodość związane są z ziemią radomską, gdzie w pobliżu Białobrzegów, w Biejkowskiej Woli, jej rodzice Stefania z Bagniewskich i Wojciech Sokołowscy mieli majątek ziemski. 

    Najważniejszą osobą dla pięciu córek Sokołowskich była matka. Kochająca je i pełna dla nich miłości, o dużej głębi duchowej, mądra, serdeczna i życzliwa dla otoczenia, wobec siebie nieugięcie wymagająca, samą swą postawą wychowywała córki w bezkompromisowej prawości. Poza dziećmi i gospodarstwem domowym zakres jej obowiązków obejmował ogród, drób, chlewnię i oborę. Wśród wszystkich tych zajęć znajdowała jeszcze chwile na malarstwo, gdyż sztuka była jej istotnym powołaniem. 

    Ojciec, zamiłowany rolnik, skończył szkolę rolniczą w Puławach a odziedziczywszy zaniedbany, na nędznych piaskach położony majątek ziemski, potrafił rozumną pracą zintensyfikować gospodarstwo i podnieść je na wysoki, uprzemysłowiony poziom. 

    Będąc zapalonym wyznawcą modnych wówczas idei racjonalistycznych, wierzył w naukę tak, że było to równoznaczne z odrzuceniem wartości nadprzyrodzonych. Jego żona zachowując wiarę w Boga, odsunę i się jednak od Kościoła. 

    Obydwoje znani byli z radykalnie demokratycznych poglądów społecznych. Postęp, sprawiedliwość i służba społeczeństwu były ich ideą przewodnią. Konkretnie wyrażało się to między innymi w dbałości o pracujących w ich majątku ludzi i odpowiedzialności za nich. Ona pielęgnowała chorych i uczyła dzieci wiejskie czytać i pisać po polsku, co w owych czasach zaborów było przestępstwem wobec władz rosyjskich. On dał swoim pracownikom nowe, w murowanych domach, mieszkania z ogródkami. Zapewniał opiekę ludziom starym, już niepracującym. Daleko to odbiegało od powszechnie przyjętych wzorów. 

    Dziewczynki do najmilszych chwil zaliczały wyprawy na wieś i spędzanie wieczorów w kuchni, gdzie piekły kartofle w popielniku, uczyły się piosenek wiejskich, słuchały bajek i strasznych historii o duchach, i w późniejszych latach pomagały pokojówkom układać listy do ich narzeczonych. 

    W takiej atmosferze, wśród otaczających dom krzewów bzu i starych drzew, w dużym dworze pełnym niezbadanych zakamarków, ze strychem zwalonym tajemniczymi rupieciami — upływało dzieciństwo i młodość Zosi. 

    Szeroką scenerią tego raczej zamkniętego świata był rozległy, ukochany przez nią krajobraz łąk i lasów nadpilickich. 

    Ze wspomnień jednej z sióstr dowiadujemy się, że jako maleńkie dziecko była Zosia bardzo wesoła, przy tym jednak bardzo wrażliwa. Jej zainteresowania, do których nie przeniknął ojcowski racjonalizm, wcześnie kierują się ku sprawom najbardziej istotnym. Matkę pyta niezmordowanie, skąd się bierze człowiek i co się z nim dzieje po śmierci. Starszą siostrę prosi o „książkę najmądrzejszą w świecie, w której będzie napisane wszystko, co jest najważniejsze". Dom jednak nie potrafi dać jej odpowiedzi. Szukać ich będzie przez wiele lat.

    Późniejsze, ze szkolnych lat wspomnienia o Zosi wszystkie bez wyjątku mówią o jej smutku i samotniczości: była zamknięta i raczej małomówna, poważna i powściągliwa w okazywaniu dobroci, wydawała się chłodna, czasem aż twarda i nieugięta. Najważniejszą chyba przyczyną smutku Zosi — o czym sama zresztą mówi — była śmierć matki. 

    Naturalnym impulsem — dziewczynki po śmierci matki całą miłość kierują do ojca. 

    Ojciec po swojemu kocha swe córki. 

    „Może najdawniejszym moim wspomnieniem ojca — pisze Basia, młodsza siostra Zosi —jest chwila, kiedy nam pomagał zbierać kasztany w końcu wdrapał się na drzewo. Dzieci szalenie lubią widzieć rodziców wesołych i młodych. Podziwiałam ogromną sylwetkę mojego ojca w zielonym mroku gałęzi. Jak to przyjemnie, że bawi się z nami... 

    Spacery z ojcem były zawsze bardzo przyjemne. To były właściwie wykłady z przyrody. Każda z nas dzięki temu umiała odróżniać gatunki roślin, miała pojęcie o geologii, a nawet i o kosmografii. Wszystkie uczyłyśmy się przyrody zawsze bardzo dobrze." 

    Poza tym dziewczynki uczą się jazdy konnej i fechtunku, kąpią się w Pilicy — korzystają z wszelkich przyjemności, jakich dostarczyć mógł pobyt na wsi w tych niedawnych, a przecież „feudalnych" jeszcze warunkach. 

    Później ojciec wybiera dla swych córek jedną z najlepszych pensji w Warszawie, szkołę Kowalczykówny. 

    Mimo wszystkich tych starań ojca dom przestał być dla dziewczynek azylem, a każdorazowe powroty z pensji na wieś będą powrotem do pustki. W tej sytuacji Zosia jest prawdziwą opiekunką swych sióstr. „Ona decydowała o naszych sukienkach, była to rzecz trudna (...), w imieniu naszym zwracała się do ojca w sprawach finansowych albo ogólnych. Nie była przy tym despotyczna i nie zwracała nigdy uwag, myślę, że musiała to robić delikatnie, nie robiąc przykrości. Szanowała cudzą indywidualność (...). Zosia też była wyrocznią dla nas w sprawach taktu i dobrego zachowania się. Nie wiem, skąd miała to poczucie i te wiadomości, i to nawet dość prawidłowe." 

    Szczególną opieką otaczała najmłodszą chorą siostrzyczkę. Mimo swego oderwania od życia najwięcej ze wszystkich sióstr zajmowała się małą Myszką. Troszczyła się o nią i w czasie wakacji dużo jej czasu poświęcała, chodziła na spacer, opowiadała bajki, zajmowała się wychowaniem. „Widziałyśmy jej odwagę, jej delikatność, jej żelazną konsekwencję, poczucie odpowiedzialności za siebie i za nas, ale (wówczas) nie wiedziałyśmy ojej czułości na poły macierzyńskiej, na poły siostrzanej..." 

    Miejscem, gdzie osierocone dziewczynki znaleźć mogły trochę serdeczności i dobroci, był dom dziadków Bagniewskich. Majątek ich Brzeźce, położony był z drugiej strony Pilicy. Tam spędza Zosia część swoich ferii świątecznych i wakacji. W jej pamięć szczególnie zapadło wrażenie wyprawy do lasu na zarośniętą kwitnącymi irysami polankę. Nazywa ją dziadek swoim ogródkiem i woli go od dworskiego ogródka swojej żony, pełnego róż i nagietek. W jakiś czas potem w wypracowaniu szkolnym napisała Zosia o tych dwóch ogródkach, a właściwie o dwojgu ludziach: o babce i dziadku. Zachwycił ją zwłaszcza stosunek dziadka do przyrody, bezinteresowny i delikatny. 

    To już wtedy, w rozmowie z Zosią na ten temat, w tych dawnych dziecinnych latach, poznała Basia, że siostra jej jest artystką. Niełatwą miała Zosia drogę do ludzi: „Im była starsza, tym bardziej wyróżniała się swoim skupieniem i odejściem od spraw codziennych. Była w niej także bezkompromisowość, która stawiała trudne wymagania." 

    W środowisku pozadomowym, jakim dla Zosi w owym czasie była szkoła, nie czuje się dobrze. Wprawdzie zawiązują się tam pierwsze głębokie przyjaźnie, lecz nie dają jej pełnego zaspokojenia. Doceni je dopiero później jako „leżące w planach Bożych". 

    Sama o sobie mówiła, że jest jak mały Kaj z baśni Andersena, który za sprawą złej wróżki ma w oczach i w sercu okruchy zaczarowanego zwierciadła i te nie pozwalają jej spojrzeć na innych z prawdziwą miłością: „Widzisz — mówiła do przyjaciółki — ja mam takie odłamki szkła, zawsze coś dostrzegę w ludziach i we wszystkim." Było jej z tym bardzo ciężko. „Nie umiała wtedy kochać ludzi. Mówiła, że ma tylko ciekawość — i z tym swoim trochę smutnym, trochę boleśnie szyderczym uśmiechem mówiła, że tak długo obcuje z człowiekiem, póki ją ciekawi, a potem odchodzi (...). Zosia nie mogła wtedy kochać ludzi, a jednak jej stosunek do nich był taki, jaki daje prawdziwa miłość. Wydobywała z człowieka, i to z każdego, z którym obcowała, to, co w nim było najlepsze, najgłębsze, coś, o czym sam nie wiedział, że jest w duszy. Nigdy jej obcowanie nie było zdawkowe. Czuło się za to wielką wdzięczność dla niej. (W szkole) wybierała albo dziewczynki bardzo proste —jak jedną ze swoich koleżanek, o której mówiła, że ją lubi za to, że nie chce być mądrzejsza, niż jest, albo trudne, nielubiane przez ogół i nauczycieli. Była zawsze rewelatorką dusz, miała dużą intuicję." 

    Warunki, w jakich żyła w dzieciństwie i w młodości, nie ułatwiały i nie zapowiadały wzrostu życia religijnego. Przykładem atmosfery panującej w domu może być fakt, że młodsza jej siostra przyznaje się w swych wspomnieniach, iż na pensji miała kłopot, bo nie umiała ani Ojcze nasz, ani Zdrowaś. 

    Mimo tego prymitywizmu wiedzy religijnej niedostrzegalnie dla otoczenia dokonywał się w Zosi zwrot ku Bogu. Łączyło się to z jej kontemplacyjnym stosunkiem do przyrody. Pamiętam ją na wiosnę — wspomina jej przyjaciółka — stojącą na schodach, pochyloną nad chabrem: „Widzisz, i w nim jest myśl Boża". W liście z wakacji 1912 roku Zosia pisze: „Zrozumiałam, że tajemnicą wszechświata, jego pięknem —jest Bóg". 

    „Pamiętam — pisze jej siostra w roku 1912 — po przyjeździe do domu na święta wieczorem położyłyśmy się spać. Lampa była już zgaszona. Leżąc w łóżku zauważyłam, że Zosia stoi pod oknem (...). «Co ty robisz? Dlaczego się nie kładziesz?» Siostrzane pytania są zwykle opryskliwe. «Kładź się spać, już późno.» I znów Zosia nie odpowiada. Musiałam jej dość dobrze dokuczyć, by w końcu, jakby pokonując wewnętrzny, opór, odpowiedziała, że się modli. Wszystkiego prędzej spodziewałabym się niż tego. W szkole było wprawdzie dużo modlitw, ale szkoła to taka urzędówka ze swoimi fantastycznymi i nieżyciowymi wymaganiami. Będąc w domu jeździłyśmy do kościoła, ale to nie miało charakteru religijnego (...). W ogóle nie przychodziło mi do głowy, żeby ktoś się modlił z własnej woli. A Zosia stoi przy oknie i modli się. 

    Gdy wróciła na wiosnę (1914) z Zakopanego, gdzie była na kuracji, gdyż stwierdzono u niej początki gruźlicy, była jakaś serdeczniejsza (...). Pamiętam tylko, że mi powiedziała, przymykając trochę oczy i jakby wpatrując się wewnątrz (przy rzeźbie to samo robiła): «Poczułam się pyłkiem w wielkim wszechświecie, ale pyłkiem myślącym i czującym»." 

    Jeśli w ludzkich kategoriach analizować drogi spotkania Zosi z Panem Bogiem, to nie można pominąć sztuki. Była urodzoną artystką. Jej twórczość artystyczna była tylko zewnętrzną formą jej życia wewnętrznego, prawdziwie choć w niepełny sposób oddającą tajemnicze piękno i bogactwo jej świata.

    W latach późniejszych własna twórczość jej samej odsłania i pozwala zrozumieć jej wewnętrzne życie. 

    W roku 1922 — już jako zakonnica — zapisze w swoich notatkach: „W moich pomysłach rzeźbiarskich w ostatnim roku pojawiała się nieustannie postać Ukrzyżowanego z krwawymi ranami i ze strumieniem krwi opadającej na ziemię. Ale dopiero teraz zrozumiałam ten obraz, odnalazłam jego związek z wewnętrznym życiem, zrozumiałam, że te rany, to przebicie ciała jest niezbędne dla tych, którzy Pana Jezusa chcą naśladować. Zrozumiałam, że trzeba wylać krew, krew serdeczną, krew przeznaczoną na budowę ciała, na piękną budowę twórczych myśli, genialnych dzieł sztuki, całego wykwintu duchowego życia, tę krew jednak trzeba wylać, gdy taka jest wola Boża, gdy tego On wymaga, a czuję, że Pan Jezus tego ode mnie wymaga..." 

    Będzie to jednak dopiero za parę lat. Na razie, nieświadoma swoich niedalekich losów, po skończeniu w roku 1915 pensji w Radomiu uczy się w Warszawie rzeźby u Kuny i chodzi do Wolnej Wszechnicy na wykłady prof. Trojanowskiego z historii sztuki. Gdy otworzą Szkolę Sztuk Pięknych, będzie chodziła do klasy rzeźby prof. Wittiga. Okazuje się tu jedną z najzdolniejszych uczennic. 

    Decydujące dla niej znaczenie ma spotkanie i przyjaźń z utalentowanym kolegą ze Szkoły Sztuk Pięknych, Franciszkiem Tencerem, człowiekiem ogromnej wrażliwości i męstwa. Jego przyjaźń z Zosią wyrasta przede wszystkim z jednoczącej ich tęsknoty w szukaniu Prawdy absolutnej.

    Od najwcześniejszych lat wyczuwała Zosia istotę prawdy: mając dziesięć lat, w zajadłej dyskusji ze starszą siostrą, na argument, że „większość uznała, co ja mówię" — chwilkę się zastanowiła, zmieszała jakby i odpowiada: „Prawda, to nie zawsze zdanie większości." „W czasach szkolnych poszukiwanie Prawdy było dla Zosi rzeczą najistotniejszą. Szukała jej boleśnie, nie znajdując, cierpiała." 

    „Nie umiem powiedzieć — zastanawia się jej przyjaciółka — czy Zosia była inteligentna w potocznym znaczeniu tego słowa. Dominowała w niej mądrość i inteligencja prawdziwie wyższa, sięgająca do istoty rzeczy i szukająca związku wszystkiego z Istotą Rzeczy. Przez nią pokochałam mądrość i szukałam jej w ludziach, a inteligencję zwykłą, ludzką mniej ceniłam." 

    Zosia wyczuwała jedność i jedyność prawdy, a jednocześnie wieloaspektowość naszych jej ujęć. Wyraziła to w okresie swego dojścia do chrześcijaństwa porównaniem wszechświata czy Boga do bryły wielokształtnej, z której my zawsze tylko część widzimy: ażeby zrozumieć, trzeba być w środku. 

    Wrażliwość na prawdę rzeczywistości wyrażała się w jej prawdomówności. Była odważna i nie wahała się nazywać rzeczy po imieniu. 

    Jej żarliwość w dochodzeniu do prawdy i szacunku dla tego, co jest rzeczywistością naszego życia, znajduje świadectwo w jej notatkach z czasów pobytu w zakonie: „Kiedy w Laskach siostry myślały nad tym, która będzie wynosić i myć kubełki z komórki, z pewnym wewnętrznym wahaniem podjęłam się tej czynności. Potem bardzo byłam zadowolona z tej pracy i spełniałam ją z całym zamiłowaniem. Sprawiało mi przyjemność, że już nie żyję z arystokratycznie zamkniętymi oczami i nosem na to, co jest rzeczywistością życia, a czego się ludzie jakby zapierają, chcąc tworzyć sobie na ziemi ersatz nieba (...)." 

    Rok 1918 jest przełomowym rokiem w życiu Zofii Sokołowskiej. „Dojrzewa w niej potrzeba już nie tylko mglistej, ogólnikowej wiary w Boga, ale wyraźnej, pełnej Prawdy objawionej — i życia tą prawdą. Trudno określić, pod jakimi wpływami się to stało. Niewątpliwie było tam ziarno rzucone we wczesnym dzieciństwie przez wychowanie, były może ukryte wpływy szkoły, byl też i niepokój religijny właściwy całemu pokoleniu powojennemu, które rozumiało, że przeżyły się i zbankrutowały pewne hasła i ideały przedwojenne, i szukało nowych. Był również ten sam, lecz jeszcze żywszy niepokój i zainteresowanie religijne, wspólne całej gromadce młodych, zaprzyjaźnionych między sobą i grupujących się w Biejkowskiej Woli. Lecz przede wszystkim było tajemne i niepojęte wołanie łaski, złożonej w duszy każdego chrześcijanina i działającej w sposób przez niego nieuświadomiony, zwłaszcza jeśli jego życie moralne zgodne jest ze wskazaniem Chrystusa. 

    Łaska bezpośredniego doświadczenia obecności Bożej, której doznała jeszcze w ostatnich latach szkolnych, pozostała żywa i domagała się swego pełnego zrealizowania w życiu konsekwentnie chrześcijańskim." Długo jednak, wierna przekonaniom wyniesionym z domu, stoi daleko od Kościoła. 

   Zetknięcie się z ks. Władysławem Korniłowiczem ułatwia jej przekroczenie i tego progu. 1 tak zaczyna nowe życie. Wiosną tego roku przystępuje do sakramentów. 

    W tym samym roku nawraca się i przyjmuje chrzest Franciszek Tencer. 

    „Oba te nawrócenia były tak konsekwentne, że od razu postawiły Boga i wszystkie sprawy Boże w centrum życia, zainteresowań, myśli, umiłowań, czynów... 

    Za nawróceniem szło pragnienie poznania Boga przez modlitwę, przez odpowiednią lekturę, wszelkimi dostępnymi sposobami — szło mężne wyznanie tej wiary na zewnątrz, czy to w domu, czy w Akademii — w atmosferze, w której wymagało to wielkiej odwagi cywilnej, szła miłość przejawiająca się w skierowaniu całego życia do Boga." 

    Zmiana w życiu pięknej panny była widoczna: znikła dawna poza artystyczna, jej wrodzony dystans i chłód w stosunku do innych. Jakby „roztajała w miłości Bożej". Z tego okresu pochodzi jej rzeźba: Matka Boska z Dzieciątkiem. „Matka Boska oparta stopami o świat rozmyśla, Dzieciątko podniosło ręce, żeby nimi błogosławić, a jednocześnie tym samym ruchem pozwala same te ręce błogosławiące przybić do krzyża (...). Rozłożone dziecięce rączki odpowiadają przez krzyż (...). Pod ciężarem tej myśli Matka pochyliła głowę. Odpowiedź jest najstraszniejsza, jaką można sobie wyobrazić." Rzeźba znajduje się w Laskach. 

    W okresie od roku 1920 krystalizuje się w niej ideał sztuki. Mówi wówczas o „drewnianych domach, o urządzeniu tych domów przy pomocy sprzętów najprostszych. Marzeniem jej były zwykłe sosnowe stoły i ławy (...). Nie było to dziwactwo, ale przeczucie formy najprostszej (...)." Prośbą o udział w tworzeniu tak pojmowanej sztuki jest jej modlitwa: „Panie, jeśli taka będzie wola Twoja, to użyj mnie jako narzędzia Twej sztuki. Niech w sztuce tej będzie jak najmniej mnie, a jak najwięcej Ciebie. Niech będzie prosta, nie błyszcząca, a prawdziwa. Nie proszę Cię, Panie, o wielkie zrozumienie, o wielkie umiejętności, bo nie w tym leży Twoja sztuka. Dużo artystów ma te umiejętności i poczucie subtelności, i wysilają się niezmiernie, a nie czynią tego, co najważniejsze, nie chwalą Ciebie. A inni, bezimienni, których dzieła tak proste, że aż dziecinne, a jednak nie ulegają czasowi, bo wypowiadają więcej niż swoją epokę, więcej, niż wiedział artysta, wypowiadają to, coś Ty chciał powiedzieć, a Twoje słowa nic przeminą. Te dzieła zawsze budzić będą w duszach miłość i wdzięczność dla Ciebie, rozniecać żar modlitwy, odrywać dusze od tego, co niby rzeczywiste i realne, i łączyć z Tym, który naprawdę jest Rzeczywisty. Panie, wzbudź tych, którzy będą głosić prawdę w sztuce." 

    Zosia myśli o założeniu w Biejkowskiej Woli szkoły rzeźbiarskiej dla najzdolniejszych chłopców nie mających warunków na podjęcie studiów. 

    Coraz bardziej dostrzega ludzi i ich potrzeby. Był to może wpływ Tencera, zwróconego ku innym w natychmiastowej gotowości przyjścia im z pomocą. 

    Rok 1921/1922 spędza na wsi, w Biejkowskiej Woli. To rok ostatecznego dojrzewania, okres samotności, skupienia, wielkich łask Bożych. O samotność nietrudno w domu, gdzie żyje teraz tylko z młodym małżeństwem zajętym sobą (Biejkowska Wola przeszła na własność jednej z sióstr, która w tym czasie wyszła za mąż), z najmłodszą chorą siostrzyczką, którą opiekuje się najczulej, i z głuchym staruszkiem-dziadkiem stryjecznym, którego doprowadza do pojednania z Bogiem przed śmiercią. Szuka też na wsi ubogich rodzin, by im pomagać w ich potrzebach materialnych, a bardziej jeszcze słowem prawdy, miłością i przyjaźnią. Codziennie bez względu na pogodę i stan zdrowia chodzi do kościoła odległego o 2,5 km. Ludzi uderza jej niezwykły dar modlitwy. 

    Przełomowym wydarzeniem w jej życiu jest spotkanie matki Czackiej. „Mam matkę" — mówi i w tym streszcza się szczęście odzyskania tego, czego pozbawione było jej życie. Na czas wakacji 1922 roku ofiarowuje matce Czackiej swoją pomoc w Zakładzie dla Niewidomych, ale Matka wyprawiają do Bukowiny Tatrzańskiej, by wypoczęła i nabrała sił, przed decyzjami i przed pracą, która ją czeka. 

    Są to ostatnie wakacje „w świecie". Zosia używa ich w pełni ciesząc się przyrodą górską, którą tak kocha, współżyjąc bratersko z grupką najbliższych, którzy się tam zjechali, ale nade wszystko modląc się. 

    Podczas tych wakacji Zosia nie jest jeszcze zdecydowana, w jaki sposób będzie służyć Bogu. Oboje z Tencerem snują projekty-marzenia o pracy artystycznej połączonej z apostolstwem, apostolstwem przez sztukę i wśród braci artystów. Jakieś zrzeszenie artystów służących Bogu, rodzaj jakby bractw średniowiecznych o celach artystycznych. Otwierają się również konkretne możliwości dalszych studiów. Prof. Wittig ma zamiar uruchomić pracownię niezależnie od tego, czy Akademia się zorganizuje. 

    Franek Tencer po krótkim wypoczynku w Bukowinie udaje się na praktykę kamieniarską i przygotowuje na konkurs projekt pomnika, za który otrzyma pierwszą nagrodę. 

    Zosia rzeźbi postać ukrzyżowanego Pana Jezusa, którego jednak nie kończy. Pozostaje tylko głowa Chrystusa w cierniowej koronie. 

    W roku 1922 obydwoje, Zosia i Franek, w tym samym czasie choć niezależnie, podejmują decyzję wyrzeczenia się twórczości artystycznej i wstąpienia do klasztoru, uważając, że taka jest wola Boża wobec nich — ich powołanie. Ona, wahając się do ostatniej chwili, czy nie wybrać Karmelu, wstępuje ostatecznie do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach, powołanego dla służby niewidomym, on do redemptorystów w Krakowie. 

    W pamiętniku swoim z dnia 10 grudnia 1922 roku s. Katarzyna dziękuje Bogu za to, że dał jej „tyle światła i siły, że mogła zerwać dwa najsilniejsze więzy, które ją ze światem łączyły, a które koniecznie trzeba było zerwać i ofiarować Bogu, żeby iść do klasztoru: więzami tymi była po pierwsze sztuka, a po drugie przyjaźń z Frankiem. Cudne było nasze pożegnanie — pisze dalej. — Tylko w Panu Jezusie tak się mogą żegnać kochające się dusze. W pożegnaniu tym była jakby zapowiedź radosnego powitania w wiecznej Ojczyźnie Niebieskiej." 

    Wyrzeczenie się sztuki było wyborem ofiary. We wrześniu 1923 roku pisze w swoich notatkach: „Wstępując do zakonu opuściłam płaszczyznę jasną i wysoką, moją sztukę, która pod względem docierania do Boga nie różniła się od tej, na której obecnie stoję, ale przestała wystarczać, stała się za ciasna z powodu braku momentu ofiary krzyżowej, wyzucia się ze wszystkiego, zaparcia się nawet duszy swej dla miłości Tego, który stał się biedaczyną wzgardzonym dla miłości najnędzniejszych; zupełnego demokratyzmu duchowego. O ile życie moje nie idzie po tej linii, opuszczenie poprzedniej płaszczyzny było błędem." 

    Laski tamtych lat dwudziestych to były same początki: „Sklecone w lesie sosnowym pierwsze budki (domy mieszkalne) i kościółek, grupa ociemniałych i kilka sióstr, a między nimi Zosia — wspomina Basia — jej siostra. Zupełny prymityw. Wewnątrz parę wielkich solidnych «hrabiowskich» mebli, które nie chcą się zmieścić w tych franciszkańskich klitkach. Mam dotąd w oczach Zosię. W szybkim ruchu rozwiany habit nowicjuszki. Cała Zosia jest szczęśliwa, swobodna, zachwycona, jaką nigdy jej nie widziałam, ani na balu w Akademii, ani podczas wakacji w Biejkowskiej Woli." 

    „Podstawą naszego bytu — pisze Zosia w swoim pamiętniku —jest ufność w Boga, żyjemy na skalę ludzi najbiedniejszych. I właśnie do takiego Zgromadzenia mnie Pan Jezus powołał; długi czas nie rozumiałam w tym Jego celu, chociaż zawsze odczuwałam, że jest, a teraz coraz jaśniej ten cel widzę i coraz goręcej Mu za to dziękuję. Coraz wyraźniej odczuwam, że nasze Zgromadzenie jest tylko fragmentem bardziej zrealizowanym wielkiego Bożego dzieła, które On podejmuje dla wybawienia ludzkości chylącej się do upadku. (...) Duch tego odrodzenia polega na najściślejszym i dokładnym wypełnieniu Ewangelii. Na duchu oddania się zupełnego Bogu; na duchu ofiary i miłości względem bliźnich (miłości, która zawiera różnice przyrodzone, a jednoczy na gruncie życia nadprzyrodzonego i w ten sposób rozwiązuje zawikłane stosunki społeczne). Duch ten, duch św. Franciszka, odznacza się prostotą, dziecinnością i żywością, nie znosząc martwych form. Oto jest owa wąska, lecz prosta droga do nieba." 

    S. Katarzyna robi w Zgromadzeniu wszystko, czego wymagają ówczesne warunki życia w Laskach. „Prace fizyczne — pisze — miałam dotychczas takie: sprzątanie Matki pokoju i pokoju sióstr, pomaganie w kuchni w wigilie (dni świątecznych), kiedy było bardzo dużo roboty, wynoszenie i czyszczenie kubłów z klozetu (...). Ale nie mogę powiedzieć, abym w tych pracach celowała, zawsze wyczuwa się, że w tych pracach jestem trochę jakby kaleka. Za to nieźle mi idzie kwesta, na której czuję się doskonale, bo mnie ona zupełnie nie odrywa od myśli o Bogu." 

    Żadnej zewnętrznej działalności nie miała w Laskach, ale jej żywy stosunek do ludzi sprawiał, że jednak dawała... Miała zawsze otwarte serce dla tych z „Kółka", którzy trafili do Lasek. Miała je otwarte dla wszystkich. 

    Poza tym s. Katarzyna uczy dzieci religii: „Widzę ją — pisze ks. Zieja — w pobliżu kaplicy, jak siedzi na ławeczce na trawie pod sosną i rozmawia z kilkunastoletnim już chłopcem niedorozwiniętym, przygotowując go do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej. Widzę jej życzliwy i poważny wyraz twarzy." W tych swoich lekcjach religii dzieliła się z dziećmi swoim życiem religijnym. 

    „Kochała niewidomych całym sercem i jak zwykle najbiedniejszych, i najbardziej upośledzonych z nich. Jakimś instynktem nieomylnym wiedziona czuła, gdzie jest dusza najbardziej potrzebująca..." 

    Wyzbyła się swojego dawnego milczenia i zamknięcia. Otwierała się własnymi przeżyciami pocieszając ociemniałych. 

    „Często mówiła mi o szczęściu, którego szukała, a nie mogła znaleźć, nawet w sztuce, dopiero znalazła je tutaj, w Zgromadzeniu" — mówi ociemniała dziewczynka Marylka. 

    W pamiętniku swoim mówi o drogach, na których znajduje swoje szczęście: „Rozkosznym dla mnie jest uczucie, płynące z ogołocenia się z przyzwyczajeń do rzeczy, należących do odżywiania lub pielęgnowania ciała, rozkoszne, bo każde takie ogołocenie daje większą swobodę, każde jakby o krok przybliża do tego upragnionego momentu, kiedy całkiem ogołocona, całkiem wolna stanę przed mym Stwórcą (...). Jednak ze wszystkiego nie można się ogołocić, póki się żyje, a uświęcenie polega na uświęceniu wszystkich tych koniecznych czynności..." 

    Droga do życia z Chrystusem nie jest łatwa: „Różni ludzie w różnym stopniu mają Boga przysłoniętego różną grubością zasłony. Dusza pragnie samego Boga bez postaci, bez przysłonek, nie świadectwa o Nim, ale Jego." 

    S. Katarzyna wiernie i konsekwentnie realizowała powołanie Franciszkanki Służebnicy Krzyża i służbę niewidomym, z całym zrozumieniem założeń Matki Czackiej i ks. Korniłowicza. Bardzo kochała Matkę Czacką i rozumiała ją, a Matka myślała zawsze o niej jako o swojej następczyni — mówiła to jeszcze w ostatnich latach swego życia. 

    Ale przyszła nieubłagana choroba (gruźlicze zapalenie otrzewnej). 

    Fragmenty wspomnień o niej (koleżanki szkolnej, zaprzyjaźnionej studentki medycyny), mówią nie tylko o wielkim cierpieniu w chorobie, ale też o wielkiej miłości i zupełnym zapomnieniu o sobie: 

    „Potem zobaczyłam już Zosię w szpitalu. Ucieszyła się, że przyszłam, była jeszcze mało zmieniona na twarzy, choć płynu było już dużo i cierpiała. Opowiadała nam, tej pani sąsiadce i mnie, wyjątki z Kwiatków św. Franciszka, starała się być wesoła. Z początku póki nie było tak źle, rozmawiałyśmy więcej, nigdy nie zaczynałam rozmowy i tyle rozmawiałyśmy, ile Zosia chciała i mogła. Opowiadała mi trochę o ociemniałych, mówiła o nieużyteczności według świata — o wartości prawdziwej (o korzeniach Krzyża)... Pytałam ją kiedyś, czy chce, żeby jej poczytać, z wielką żywością, a nawet niepokojem powiedziała: «Nie i tak mam dość myśli». Nie pytałam dalej, ale wydało mi się, że i wewnętrznie jest jej ciężko. 

    Nie wiem, co Zosia cierpiała wewnętrznie, ale mam wrażenie, że jej było ciężko. Raz tylko jeden widziałam ją prawie płaczącą i skarżącą się Matce, chciałam nie słuchać, ale mimo woli trochę słyszałam; mówiła, że wszystko na nic, bo się skarżyła, (...) a Matka ją uspokajała, że to nie o to chodzi, że Pan Jezus na krzyżu też się skarżył. 

    Kiedyś w noc, akurat gdy weszła nocna posługaczka, Zosia się uśmiechnęła; posługaczka bardzo się wzruszyła tym, że Zosia tak cierpi — była już szkielecikiem prawie — i uśmiecha się. Zosia coś powiedziała o «kochanej siostrze śmierci», która przyjdzie. 

    O Zosi cierpieniach trudno pisać — od 8 grudnia wymioty, duszność, ciągle zbierający się płyn — po 8-9 litrów, bezsenność, bóle, coraz większe wychudzenie. Zdawało się, że jeden dzień trudno przeżyć, a to były długie tygodnie. Raz wieczorem zapytała mnie: «Powiedz mi, stary przyjacielu, co myślą doktorzy, jak będzie?» Nie umiałam Zosi kłamać: «Ty sama wiesz». Po przyjeździe do lecznicy Omega na naświetlania Rentgenem, Zosia przy przenoszeniu jej do łóżka mimo woli spojrzała w lustro — nie widziała siebie przez cały czas, nie wiem, co czuła, powiedziała tylko: «To ja tak wyglądam?». 

    Nigdy nie zapomniała podziękować za najmniejszą usługę, felczerowi dziękowała przed samą śmiercią. Jeszcze raz zapytała, czy ma żonę i dzieci, i obiecała, że się będzie modlić za niego. 

    Przy przenoszeniu Zosi w pokoju zrobiło się jakieś zamieszanie i matka Czacka (niewidoma) nagle znalazła się między noszami i szafą: ja ze zwykłym swym gapiostwem nie zorientowałam się, ale Zosia cierpiąca, zmęczona, z niezwykłym ożywieniem krzyknęła na mnie: «Uważaj, Matka!» 

    Cierpiała strasznie, z heroicznym męstwem, prawdą i prostotą. Kiedyś powiedziała do s. Teresy po zastrzyku morfiny: «Trzeba mieć wdzięczność dla Boga, że dał lekarstwom moc uśmierzania bólu choćby na chwilę». 

    W poniedziałek zaczęła się agonia, która trzykrotnie miała się powtórzyć. Zosia prosiła, żebym stanęła przy niej, jak się to zacznie, i żeby był dostęp powietrza, bo się dusiła. Była to prawdziwa agonia, z całą jej męką, trzykrotnie powtarzana. W pokoju wszyscy się modlili. Noc z wtorku na środę — zdaje się nocowała prócz mnie Zosia Landy i Baśka — s. Katarzyna spojrzała na obie śpiące i powiedziała: «Po co aż tyle?», ale zaraz potem z serdecznością: «Ale rozumiem, Baśce byłoby przykro, dobrze niech tak zostanie». Potem w pewnej chwili poprosiła mnie: «Powiedz Basi i Zosi, żeby się modliły niesłyszalnie o cierpliwość dla mnie». 

    W czwartek 24 stycznia rano zawołała mnie do siebie i powiedziała: «Musisz mi obiecać, że zrobisz, o co cię poproszę» — obiecałam, nie mogłam odmówić. «Idź, odpocznij. Nie martwcie się, że tak cierpię, to wszystko jest w planach Bożych». 

    Ciężko mi było odejść, ale poszłam. Wróciłam wieczorem. Zosia leżała, kolana podciągnięte, zgięte, głowa schylona (chciałam jej pozycję poprawić, bo uprzednio zawsze o to prosiła). «Już nie trzeba». Niedługo potem zaczęła się ostatnia agonia i śmierć... 

    Śmierć s. Katarzyny wywołała wielkie poruszenie i bardzo różnorodne sądy u tych, którzy ją znali i kochali, nawet w «Kółku». Mówiono o zmarnowanym talencie i życiu. Jednak wielu z nas wiedziało dobrze, że słuszne i prawdziwe były słowa, które o. Korniłowicz nieustraszenie wypowiedział na jej pogrzebie, że «większą wartość posiadała ta sztuka, z którą rzeźbiła duszę własną i innych, niż najpiękniejsze rzeźby, które by dała światu». Myśmy wiedzieli, że posiew jej krwi nie będzie daremny. Dlatego pogrzeb jej był pełen nadziei, choć tak bardzo było jej brak, choć zdawała się niezastąpioną w Laskach, tak ubogich w powołania..." 

    Mimo tych lat, które nas dzielą od s. Katarzyny Sokołowskiej, mimo zmienionego tła i warunków społecznych najistotniejsze jest to, że stoi przed nami bardzo blisko człowiek, który — jak kiedyś św. Franciszek — biegł na przełaj ku Bogu, gdyż odkrywszy ewangeliczną „perłę drogocenną", wewnętrznym musem przynaglony, pragnął ją zdobyć za wszelką cenę. 

    W swej ostatniej chorobie s. Katarzyna pocieszyła przyjaciół: „Nie martwcie się, że tak cierpię, to wszystko jest w planach Bożych." O spełnienie się tych planów w jej życiu błagała Boga z żarliwością daną tym, którzy całkowicie otwarci na Miłość, stoją wobec Niej w niepojętej dla rozumu ludzkiego bliskości. 

    Umarła 24 stycznia 1924 roku. 

Maria Bohdańska, s. Katarzyna Steinberg (1970) 

Przy pisaniu życiorysu korzystano z nieopublikowanych wspomnień rodzonych sióstr: Henryki Dembowskiej, Barbary Brukalskiej, Anny Matuszewskiej oraz koleżanek szkolnych, przyjaciół, niewidomych i sióstr z Lasek, zwłaszcza s. Teresy Zofii Landy.

książka "Ludzie Lasek", wyd. Biblioteka "Więzi"

Biogram s. Katarzyny Sokołowskiej zaczerpnięto z książki: "Ludzie Lasek", opracował i wstępem optarzył Tadeusz Mazowiecki, Wyd. "Biblioteka Więzi", Warszawa 2000, ISBN 83-88032-30-5.

Kliknij, by powrócić do poprzedniej strony

Copyright 2011 by www.cmentarzwlaskach.pl Wszystkie prawa zastrzeżone!

info@cmentarzwlaskach.pl